Czas podziękować za gościnę.

Szedł po rozmokniętej ziemi, stopy zapadały się dość głęboko, na tyle by trzeba było mocno się kontrolować w celu uniknięcia upadku. W odległości dwustu metrów znajdowała się brama do lepszej części obozu. Tam mieszkali ci którzy mieli czym płacić.

Tobiasz przekroczywszy bramę udał się do największego baraku po tej stornie płotu. Przed drzwiami stali uzbrojeni w miecze strażnicy. Przekraczając próg młody rycerz poczuł wonności. Pomieszczenie wewnątrz nie przypominało baraku przesiąkniętego zapachem fekaliów, zakwaszonego potu i śmierci, lecz wyglądało na wnętrze ekskluzywnego burdelu. Roznegliżowane kobiety różnych ras spoczywały na ogromnych poduszkach w kompletnym bezruchu, wszystkie pogrążone w narkotycznym śnie. Chyba dopiero co zakończyła się impreza. Na środku kłębiło się sporo nagich ciał, orgia dopiero co musiała się zakończyć. Wszędzie do koła widać było ślady dobrej zabawy, która dopiero co się zakończyła. Jedi patrzył na to wszystko i narastała w nim złość, tam za płotem zdychali ludzie, wpierw otrzymawszy ból i cierpienie a potem stawali się pokarmem dla świń. Chłopak podniósł wzrok i ze złością spojrzał w stronę „Pana tych ziem”. Podszedł do niego na odległość pięciu metrów i został zatrzymany przez straże.

-Słyszałem że chcesz rozmawiać szczeniaku. Co się sprowadza?

- Przysyła mnie tu ktoś u kogo masz ogromny dług wdzięczności i nie przypominam sobie byśmy przeszli na ty, ale skoro tak już wyszło będę to kontynuował staruchu- widać było jak palce siedzącego na tronie człowieka zaciskają się na poręczy, warga zaczęła mi się trząść.

-Ty śmieciu jak śmiesz tak do mnie mówić. Brać go i niech zdycha w męczarniach!

Zdawało się że Tobiasz tylko na to czekał, uśmiechnął się pod nosem złowieszczo i nagle strażnicy przed nim odlecieli kilka metrów uderzając o ścianę po prawej stronie sali. Rycerz dopadł do grubasa. Rozbłysnęło ostrze a jego koniec zatrzymał się centymetr przed nosem możnowładcy.

- Lord Diogerdy przesyła pozdrowienia grubasie.

-Nie, nierób tego, pomogę wam! Odłóżcie broń!

-Widzę że spokorniałeś kiedy śmierć zaglądnęła ci do oczu, lecz wiem że i tak mnie zdradzisz jak twojego przyjaciela. Nie będzie bolało- głuche brzęknięcie ostrza i głowa potoczyła się po podłodze.

-Do was nic nie mam, odstąpcie a nic wam się nie stanie- strażnicy byli zmożeni strachem. Nie często przez ostatnie ponad dwadzieścia lat widuje się miecze świetlne. Wszyscy którzy mogli pospiesznie uciekli. Tobiasz wyszedł przed barak. Miecz oświetlał jego twarz która nosiła ślady zadowolenia. Dokładnie wtedy gdy staną na progu w oddali usłyszał eksplozje, potem kilka kolejnych. Rozgorzała walka. Ruch oporu ruszył do walki tak jak to zostało ustalone. Sługus imperium zginął, teraz trzeba tylko walczyć i uciec z tej przeklętej planety do rebeliantów. Tobiasz miał potem wyrzuty sumienia bo okłamał tych biednych ludzi. Dał im nadzieję a przecież Rada Jedi nie zaczęła ponownie działać a on sam nie wiedział do końca czy jest Rycerzem skoro tak postąpił, ale właśnie tak zrobił by jego mistrz.

Odebrawszy zapłatę wsiadł na pierwszy lepszy prom. Znów ukrył miecz we wnętrzu swojej nogi. Pomału przyzwyczajał się do tego wszczepu a rany pooperacyjne były już dawno zabliźnione. Siedział i znów patrząc w czarną przestrzeń rozmyślał o swoich postępkach. Znów musiał nabrać do tego dystansu i się zbalansować. Sumienie jest okropne lecz przyjemne było to że podziękował za gościnę.

~ - autor: RedNacz w dniu Styczeń 28, 2012.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.